G.Madrjas napisał(a):
Więcej szkody niż pożytku to dałoby akurat poprzywracanie skasowanych relacji skrętnych w Centrum. Czas nie jest z gumy, koordynacja też w którymś momencie przestaje być możliwa. Im więcej linii, tym mniej czytelna oferta, im mniej bezpośrednia relacja, tym mniej podróżnych w całej relacji. I tak dalej, pogadaj sobie np. z drem Brzezińskim jak mi nie wierzysz.
A możesz podrzucić jakieś konkretne opracowanie lub badanie na ten temat? Ewentualnie przykład stricte rusztowego systemu linii tramwajowych w mieście porównywalnym do Warszawy? Bo oczywiście jest oczywistą oczywistością, że system rusztowy jest najlepszy i jest to fakt obiektywny, dlatego system rusztowy jest najlepszy - ale konkrety jednak są mile widziane.
Co gorsza, stosunkowo łatwo podać kontrprzykłady nie pasujące do tej świetnej teorii, np. Praga czeska ma jeden z najbardziej efektywnych systemów tramwajowych i komplet relacji skrętnych w zasadzie na każdym skrzyżowaniu, większość w codziennym użytku. I to mimo jednak generalnie wyższej niż w Warszawie jakości węzłów przesiadkowych.
Reg napisał(a):
W każdym razie odnośnikiem jest czas (olaboga) odnoszony do podróży samochodem, który przyrównujemy do rzeczywistego. I do niego sprowadza się subiektywny czas podróży. Np. subiektywny czas podróży w zatłoczonym tramwaju będzie dłuższy niż w samochodzie. Czas oczekiwania jest dłuższy niż czas dojścia, bo jest bezproduktywny, itd. itd. Z przesiadkami jest trudno, bo tu jest masę rzeczy wpływających na wybory pasażera
Myślę, że to nie dotyczy tylko przesiadek, bo ten względny "koszt" różnych składników podróży będzie różny dla różnych podróżnych i różnych warunków zewnętrznych.
Dla mnie np. w czasach studenckich nie było żadnym problemem jeździć na stojąco w ścisku i przesiadać się np. przy Dworcu Centralnym z ganianiem po schodach albo na placu Zawiszy ze skakaniem przez barierki. Ale dla osób starszych, z zakupami, z dziećmi, chorych to nie jest atrakcyjna opcja. Ja jeszcze potrafię poradzić sobie z barierką, ale od korzystania z usług ZTM odstrasza mnie już teraz tłok (może dlatego, że przytyłem

Z innej strony - jeśli jest paskudna chlapa, to lepiej się wbić nawet do zatłoczonego autobusu niż czekać na przystanku bez wiaty albo drałować dodatkowe 300 m do szybszego tramwaju. Przy ładnej pogodzie - dokładnie odwrotnie.
Czas dojścia do przystanku czy przejścia między przystankami też jest dyskusyjny - niektórzy zasuwają 6 km/h, inni człapią 2 km/h. Stąd zawsze będą kontrowersje dotyczące np. odległości międzyprzystankowych.
Reg napisał(a):
Jako ciekawostkę podam, że w Krakowie mamy zupełnie odwrotne zagadnienie i środowiska sprzyjające komunikacji postulują zmniejszenie liczby linii by wprowadzić system przesiadkowy (przy czym u nas nie ma przejść podziemnych)
Zastrzeżenie w nawiasie jest, delikatnie rzecz ujmując, dość istotne. Zresztą nawet bez przejść podziemnych co innego przesiadać się na rondzie Mogilskim w Krakowie, a co innego np. na Babce w Warszawie. Takie węzły przesiadkowe jakie ZTM zupełnie niedawno urodził na Marymoncie czy przy Dworcu Gdańskim doskonale kompromitują pomysły marszrutyzacji.
Marszrutyzacja w Warszawie przypomina budowanie domu od dachu - najpierw ZTM powinien wymagać krótkich i wygodnych dróg przejścia między przystankami w prowadzonych i opiniowanych inwestycjach, a potem możemy marszrutyzować.